piątek, 29 stycznia 2016

Chapter 21

Witam serdecznie wszystkich człowieków, bądźcie weseli na wieki wieków!!!!!!!!!!!!!!!! :D Nawiązując do poprzedniego rozdzialika tegoż szalonego opowiadanka, moja szanowna zawartość mózgoczaszki pierwotnie umyślała sobie, iż skończy się ono na dwudziestu częściach. Jednakże ma osóbka 55 godzin na dobę coś tworzy, nieokiełznane wersety i myśli mnoży, więc w związku z powyższym oświadczeniem, powstała część kolejna i w dalszym ciągu nie jestem w stanie stwierdzić, czy jest ona ostatnia czy też nie :D Załóżmy iż będzie to historia z bliżej nieokreślonym końcem, a póki co zostawiam najdroższych Państwa pała w pałę z owym wytworkiem i uroczyście pozdrawiam :D (>‿◠)✌

************************************************************************************

Dziesięć lat później

-Mamusiuuuu!!! -Nagle podbiegła do mnie mała pomarańczowowłosa istota, której twarz pokryta była wodospadem łez. -Mamuusiuu!!! Bo ten chłopak mi dokucza i zabiera piłkę!!! 
-Oj no już, przestań się mazać i powiedz mu że jak dalej  tak będzie robić, to tatuś go złapie i zamknie do więzienia! -Poradziłam mu z przymrużeniem oka, a następnie obdarowując brzdąca promiennym uśmiechem, poklepałam go po łepetynce. 
-Odsuń się z Sayuri, w ogóle nie masz podejścia do dzieci... -Wymamrotał cierpiętniczo Aomine po czym uklęknął na przeciwko sześciolatka i subtelnie wytarł mu łzy dłonią. -Który to? - Spytał łagodnym tonem.
-T-ten z niebieskimi włosami... -Mały pisnął cichutko wskazując nieśmiało na swego oprawce, a w jego słodkim głosiku można było wyczuć nutkę przerażenia. Daiki złapał chłopczyka za rękę i bez chwili zawahania, podszedł wraz z nim do problemowego bachora. 
-Hej mały, wiesz że nie powinno brać się czyiś rzeczy bez pytania? -Granatowowłosy zadał pytanie które jednocześnie było delikatnym upomnieniem. Człowieczek tylko rzucił mu złowrogie spojrzenie z ukosa i posłusznie lecz niechętnie oddał nie swoją własność.
-Przepraszam za niego, jak widać, czasem bywa niegrzeczny... -Wtem przed Aomine stanął wysoki mężczyzna, o takim samym zabarwieniu czupryny jak owe kłopotliwe dziecko. Ciemnoskóry momentalnie odwrócił głowę w jego stronę i począł dokładnie wpatrywać się w jego oblicze. 
-T-tetsu...?! -Po chwili zastanowienia wykrzyknął Ao, z dosadnym niedowierzaniem lustrując osobę znajdującą się w jego polu widzenia.
 -Aomine-kun...? 
-Kopę lat, Tetsu! -Daiki przybliżył się do swego starego przyjaciela i z całej siły uścisnął mu dłoń. -Ale żeś urósł! W ogóle cię nie poznałem! 
-Eh, a ty za to nic się nie zmieniłeś, Aomine-kun... -Sapnął ironicznie Kuroko, a następnie skierował wzrok na małe stworzenie, które kurczliwie trzymało się nogi Aomine. -A ten maluszek to kto? -Spytał zaintrygowany, uważnie przyglądając się chłopcu. 
-To mój syn. -Wypalił przepełniony wielką dumą, na co twarz Tetsuyi przybrała wyraz zdziwienia połączonego z domieszką sceptycyzmu. -Ciebie mógłbym spytać o to samo, ale chyba się domyślam...
-Tak... z zewnątrz jesteśmy podobni jak dwie krople wody, ale jeśli chodzi o charakter, jest moim całkowitym przeciwieństwem... -Błękitnowłosy uśmiechnął się pogodnie i pogładził swojego potomka po głowie. -A wracając do ciebie, to myliłem się... Co jak co, ale nigdy bym nie przypuszczał, że ten Aomine-kun którego kiedyś znałem, założy rodzinę... 
-Haha, ja to nic, Tetsu! Ta kwestia zdecydowanie bardziej pasuje do Sayuri, jego matki...-Odpowiedział Daiki, podśmiechując się pod nosem.
-Słyszę, że mnie obgadujecie. -Po chwili dłuższej obserwacji tej zaciekłej pogawędki Aomine z nieznanym mi wówczas facetem, zdecydowałam się podejść i wtargnąć w dyskusje w nieco mało kulturalny sposób. 
-No i to jest właśnie moja Sayu... -Przedstawił mnie Granatowowłosy, oblepiając mą personę pogardliwym spojrzeniem. 
-Jestem Tetsuya, przyjaciel Aomine-kuna z gimnazjum. -Przywitał się przyjaźnie Kuroko, wyciągając do mnie dłoń.
-Noo, witam Pana serdecznie, Panie Tetsu! -Krzyknęłam radośnie, mocno i z rozmachem ściskając rękę Niebieskowłosego. -Daiki dużo mi o tobie opowiadał. 
-Mnie również bardzo miło poznać osobę, która tak pozytywnie wpłynęła na Aomine...
-Polemizowałbym, kto na kogo wpłynął...-Zamruczał na boku Ao. 
-I jak Aomine-kun funkcjonuje jako ojciec? Bo jakoś nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić... 
-Lepiej niż może ci się wydawać! -Odpowiedziałam przekonywująco. -Nawet nie wiesz, z jakim przejęciem się nim zajmuje, a co więcej, jak Akihiko był jeszcze niemowlakiem, to Dai-chan śpiewał mu kołysanki! Haha! 
-Heh, naprawdę nie wierzę, że stoi przede mną człowiek, który za czasów szkoły, ciągle wagarował, notorycznie opuszczał treningi i nie miał za grosz obowiązkowości. -Rzekł Tetsuya, spoglądając na Ciemnoskórego ze zdumieniem.
-Nie do pomyślenia, prawda?-Oświadczyłam entuzjastycznie.
-Mów za siebie, Sayuri. -Burknął Daiki.
-Ale czekaj, powiem ci więcej, Tetsuś! -Orzekłam z szyderczym uśmiechem, po czym przysunęłam się bliżej do Kuroko. -Jak ty byś wiedział, jakie on cyrki na porodówce uskuteczniał, haha! A po porodzie ryczał gorzej od małego! -Wypaliłam mu półgłosem na ucho.
-Możesz sobie darować takie szczegóły?! -Oburzył się mój Granatowowłosy idiota. -Wcale tak nie było... -Mruknął, drapiąc się nerwowo w tył głowy, a jego facjatka przeszła przez całą gamę odcieni barwy purpurowej. 
I takim oto sposobem od tego momentu, między mną a mym z lekka wstydliwym, jak  z resztą widać na załączonym obrazku współmałżonkiem, rozpoczęła się prężna debata o faktyczne wydarzenia, jakie to tamtego czasu miały miejsce. Nasza wspomnieniowa konwersacja w jakże przemiłym maglu towarzyskim, z każdą minutą brnęła w coraz to bardziej odległe wspominki, a my pochłonięci tą aktywną wymianą zdań, kompletnie zapomnieliśmy o naszych latoroślach. W pewnej chwili zwróciłam swoje oczy na Akihiko i ku mej uldze, oprócz tego że między nim a synem Kuroko trwała spojrzeniowa trzecia wojna światowa,  na całe szczęście siedzieli spokojnie. 
-Wspaniale nam się rozmawia, ale niestety my z Daikim będziemy pomału się zbierać. -Zaznaczyłam, widząc jak mały zaczyna śmiertelnie schodzić z nudów. 
-Nie szkodzi, ja też muszę już wracać... Świetnie było Cię znowu spotkać, Aomine-kun, a Ciebie poznać, Sayuri-san. 
-To dla mnie sam zaszczyt! Spotkajmy się jeszcze kiedyś! - Finalnie po szybkich pożegnalnych uprzejmościach, wszyscy rozstaliśmy się w pokoju i zadowoleniu. Daiki złapał mnie i Aki-chana za ręce po czym w dość dziwnym i raczej nie podobnym do naszej trójki milczeniu, udaliśmy się w drogę do domu. 
-Tatooo, mogę o coś zapytać? -Nagle odezwał się Pomarańczowowłosy. 
-No oczywiście, synek! Pytaj o co tylko chcesz! -Odpowiedział ochoczo Aomine. 
-Jak poznałeś mamusie? -Zadał pytanie chłopczyk, z wielką ciekawością wytrzeszczając na nas swe piękne granatowe oczęta. My spojrzeliśmy po sobie nawzajem i jak gdyby nigdy nic, wybuchnęliśmy głośnym śmiechem. 
-Haha, to było dawno, jak byliśmy jeszcze w szkole... -Przyznał Ciemnoskóry, a na jego przystojnej gębuśce zawitał błogi uśmiech. -Oj, ile ja się musiałem za twoją mamusią nalatać, żeby mnie polubiła... 
-Czemu mamusia cię nie lubiła? 
-Heh, uwierz mi, to długa historia, może kiedyś ci ją opowiemy w całości... -Rzekł Daiki, biorąc Akihiko na barana.

***
Jaką wartością dla człowieka jest posiadanie własnej rodziny? Patrząc na to pytanie z perspektywy przeszłości, definitywnie mogę przyznać iż nie udzieliłabym na nie odpowiedzi, a nawet w przypadku kiedy zabrałabym głos w tej kwestii, to moje tłumaczenie zapewne byłoby pozbawione głębszego sensu. Przez długie lata uporczywie zmagałam się z tym zagadnieniem, próbując gorliwie pojąć ten ważny aspekt życia. Obecnie wszystko stało się dla mnie zrozumiałe. Aczkolwiek do rozwiązania nie doszłam sama. Od pamiętnego dnia, w którym nasze drogi zeszły się ze sobą, aż do teraz, to Daiki prowadził mnie po zawiłej ścieżce, jaka to kierowała ku rozwianiu owej wątpliwości. Gdyby ktoś dekadę temu, przedstawił mi moją egzystencję z teraźniejszości, najprawdopodobniej wyśmiałabym go i potraktowała paroma solidnymi wyzwiskami, na temat jego stanu psychicznego. W sumie przez ten czas niewiele się zmieniło. Sayuri dalej jest starą, roześmianą i twardo stąpającą po ziemi Sayuri, a Aomine wciąż jest aroganckim, zboczonym i przystojnym do szaleństwa mężczyzną, który czasem lubi ponarzekać na ogrom obowiązków. Lecz w naszym wspólnym życiu pojawił się ktoś jeszcze, kto wprowadził w nim najwięcej zmian. Codziennie z uśmiechem na ustach, obydwoje stawiamy czoła nowym wyzwaniom i zmagamy się z trudami jakie przysparza nam rola bycia odpowiedzialnym rodzicem. Z łezką szczęścia w oku, obserwuję jak idealnym ojcem jest Daiki, a ja sama staram się być idealną matką. 

Dziękuje Ci Daiki. Dziękuje, że pomogłeś mi dostrzec tą arcyważną wartość, na jaką bez Ciebie nawet nie rzuciłabym okiem. Jesteś jedną z najważniejszych osób w moim życiu, którą zawsze będę szaleńczo i bezgranicznie kochać. 







poniedziałek, 18 stycznia 2016

Chapter 20.

Nienawidzę kiedy widzisz jak płaczę
Twoja koszulka przesiąkła od moich łez
Kiedy nie jestem taka twarda jak powinnam być
I widzisz najcichszą część mnie
Nienawidzę kiedy widzisz jak płaczę
Tak, nienawidzę kiedy widzisz jak płaczę

Nienawidzę kiedy cię zawodzę
Kiedy twój uśmiech się odwraca
I wiem, że powinnam być tą która mówi "kochanie możesz na mnie liczyć"
[...] Jestem tu, żeby ocalić świat, ale kto ocali super-dziewczynę?
Co jeśli jestem słaba i potrzebuję cię wieczorem?
Nienawidzę kiedy widzisz jak płaczę

Nienawidzę, że cię teraz potrzebuję
Żebyś trzymał moje włosy, wysłuchał mnie
Jeśli obudzę się na podłodze w łazience
Będziesz mnie nadal chciał nad ranem?
Oh kochanie, potrzebuję cię teraz!
Nienawidzę kiedy widzisz jak płaczę...*

Minęło parę długich dni i bezsennych nocy, które to spędziłam w dzikiej samotności,  bez Aomine u mego boku. Najnormalniej w świecie, po zdarzeniu jakie to o mało co doszczętnie nie wyżarło mych komórek nerwowych, a moja złość praktycznie przekroczyła swoje maksymalne stężenie, nie miałam nawet krzty ochoty żeby zobaczyć się z Daikim. Zaplanowane uprzednio huczne świętowanie na cześć otrzymania przez mojego Granatowowłosego kretyna uprawnień do kierowania czterokołowym pojazdem, również się nie odbyło. 

~Kocham Cię; Cholernie za Tobą tęsknię; Błagam, spotkajmy się w końcu, bo nie mogę już bez Ciebie wytrzymać...~ Każdego dnia, systematycznie na moją skrzynkę odbiorczą przychodził cały ogrom esemesów o podobnej treści, przez które momentami miałam niepowstrzymaną chęć całą siłą rzucić się Ao na szyję i wycałować go za wszystkie czasy. Pomimo tego, że pomału zaczynałam schodzić śmiertelnie z tęsknoty i braku jego obecności, pod żadnym pozorem nie mogłam ochłonąć i wrócić do swej duchowej równowagi po powyżej wspomnianej "wpadce". Lecz to nie koniec udręk. Dowiedziawszy się od Kise, iż od niedawna Aomine zafascynowany posiadaniem władzy za kierownicą, wykorzystuje swoją bestialską szybkość nie tylko na boisku, ale i na drogach, w mej świadomości narodziły się pewne dokuczliwe obawy o jego bezpieczeństwo, które namnażały się z każdą dobą. 

***
Koszykówka, od najmłodszych lat życia była moją najlepszą przyjaciółką, do której to mogłam o każdej porze dnia i nocy zwrócić się z prośbą o bez szkodliwe rozładowanie negatywnych emocji, bądź spędzenie wolnego czasu w miłym towarzystwie. Siedziałam wraz z Taigą pod koszem, opierając łepetynę o metalowego słupa i gapiąc się bezcelowo w zachmurzone wówczas niebo. Aczkolwiek, nie tylko błękit nieba okrył się dziś płaszczem ciemnych obłoków. Moja jak zawsze i wszędzie roześmiana gębuśka, od samego rana wyrażała klarowne skwaszenie, co przeniknęło również na mego kumpla, któremu mój obecny stan w zupełności się nie podobał. 
-To przez tego dupka, nie? -Spytał spontanicznie Kagami, co by w końcu przerwać głuchą ciszę, panującą od dłuższego czasu. 
-Taaa... przez tego dupka. -Sapnęłam ozięble. -Ale on nie jest dupkiem... -Dodałam, wlepiając wzrok w swoje buty. 
-Sorry, dla mnie jest. Nie obraź się, ale dobrze wiesz, że od początku nie byłem za tym całym waszym związkiem... -Przyznał sztywno chłopak, odwracając głowę. 
-Bo co? Bo jesteś zazdrosny że gra w kosza lepiej od ciebie?! Nie zgrywaj pieprzonego dzieciaka, bo bachorów nienawidzę. 
-W dupie to mam, czy jest lepszy czy gorszy... A w ogóle to jesteśmy praktycznie na tym samym poziomie. Chodzi mi o to, że od kiedy z nim jesteś, ciągle masz jakieś kłopoty. I  to mnie wkurwia. 
-Bez ryzyka nie ma zabawy. -Odburknęłam, posyłając Taidze mrożące krew w żyłach spojrzenie, po czym zgarnęłam piłkę z ziemi i podniosłam się.
-Ta, szczególnie takiej zabawy jak ostatnio... 
-Zamknij się do cholery! Jak możesz wypowiadać się na temat związków, jak nigdy z nikim nie byłeś... nikogo nie tak kurewsko nie kochałeś, jak ja kocham Daikiego... -Wyznałam, wykonując rzut do kosza. Piłka przez parę sekund chwiejnie pokrążyła po obręczy, aż finalnie wpadła, następnie uderzając mocno o beton. Moje serce biło w rytm jej odbić, a te osobliwe przeczucia w duszy były coraz silniejsze. 
-No dobra, masz rację, sorry... -Przeprosił Czterobrwiowy, zdając sobie sprawę z tego iż to co powiedziałam, było najprawdziwszą prawdą. 
-Taiga, na dzisiaj wystarczy, wracam do domu. -Oznajmiłam beznamiętnie.
-Okej, ale na pewno wszystko w porządku, Sayuri?  
-Nie wiem. Na razie. -Obróciłam się na pięcie i odeszłam w swoją stronę, nie zwracając uwagi na próbującego zatrzymać mnie Kagamiego. Sama nie wiedziałam, w czym tak właściwie miał pomóc mi powrót do zacisza domowego. Po drodze, moją głowę zalewał potężny wodospad przeróżnych wizji oraz myśli, natomiast wcale nie były one optymistyczne. Co chwile przystopowywałam, by wziąć głęboki wdech i uspokoić się nieco, ale to nie przynosiło żadnych korzyści. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, iż nie miałam kompletnego pojęcia, skąd nagle w moim mózgu wzięły się tak impulsywne i przygnębiające refleksje.

***
-Sayuri, co z tobą? Zawsze jesteś w dobrym humorze, a dzisiaj cię nie poznaję. Nie pamiętam żeby kiedykolwiek uśmiech zniknął z twojej twarzy, a teraz? -Odkąd tylko przekroczyłam próg mieszkania, moja rodzicielka zasypywała mnie dziesiątkami pytań, które zamiast mi pomagać, dodatkowo mnie pogrążały. Ale owszem, miała rację. Sama nie pamiętam, jak to jest odczuwać smutek i zobojętnienie.
-Daj mi spokój, nie widzisz że jestem zajęta?-Odchrząknęłam opryskliwym tonem, nie odrywając wzroku od laptopa, którym nieskutecznie próbowałam odciąć się od produkowania myśli. 
-Dobrze, jak chcesz. Nie będę wtrącać się w nie swoje sprawy, ale jestem pewna że to ma związek z Daikim. -Kiedy tylko wypowiedziała jego imię, miałam wrażenie że na ułamek sekundy stanęło mi serce, a nerwy pochłaniały mój umysł w coraz to większym stopniu. Pragnęłam jej siarczyście zaprzeczyć lecz nie zdążyłam, gdyż wyszła z mojego pokoju i zamknęła drzwi. Zaraz po tym, wzięłam komórkę do ręki i w oka mgnieniu wykręciłam numer do Aomine. Dzwonię raz, drugi, trzeci... nie wiem ile razy jeszcze. Nie odbierał. W bieżącej chwili, zaczęłam niepokoić się jeszcze bardziej, choć  w nie znałam prawdziwego powodu mojego zmartwienia. Poszłam do kuchni, zrobiłam sobie potrójną kawę a potem jeszcze moment powpatrywałam się nonsensownie w monitor. 

"Uwaga, wiadomość z ostatniej chwili. Przy ulicy głównej w centrum miasta miał miejsce poważny wypadek samochodowy, w którym uczestniczyło trzech młodych mężczyzn. Z tego co na razie wiadomo, dwie osoby zostały ranne a jedna w bardzo ciężkim stanie trafiła do szpitala."  

W pewnej chwili obił mi się o uszy komunikat docierający z idącego w tle telewizora. Mimowolnie obróciłam głowę, po to by rzucić okiem na zdjęcia z reportażu. To co zobaczyłam na ekranie, przyprawiło mnie o niewyobrażalne przerażenie, rwące dreszcze i palpitację serca. ~Nie... przecież to samochód Daikiego!~  Zdając sobie sprawę z tego makabrycznego faktu, zerwałam się i z prędkością błyskawicy wybiegłam z domu. Jechałam do szpitala z nadzieją, że to jednak jest jakiś skurwysyński zbieg okoliczności. Jednakże  "nadzieja" to najbardziej znienawidzone  prze mnie słowo. Kiedy zmierzałam do budynku,  z trudem powstrzymywałam się od płaczu i wpadałam na ludzi. 
-Przepraszam, czy może leży tu Daiki Aomine?!!!-Wpadłam z hukiem do placówki i spanikowana zwróciłam się do recepcjonistki. Ta otaksowała mnie surowym wzrokiem a następnie zaczęła wystukiwać coś na klawiaturze komputera. Pomimo iż minęły zaledwie dwie sekundy, dla mnie dłużyło się to w nieskończoność. 
-Tak... jest w sali 206, przykro.... -Usłyszawszy tylko początek jej druzgocącej wypowiedzi, ruszyłam w kierunku pomieszczenia gdzie znajdował się Granatowowłosy. Nagle wszystkie wspomnienia stanęły mi przed oczyma. Widziałam jego przearcypiękny uśmiech, czułam jego bliskość, słyszałam jego głos, kiedy wypowiadał szczere "Kocham Cię, Sayuri". Wszystko prysnęło w momencie naciśnięcia prze zemnie klamki od drzwi. Wówczas zobaczyłam go nieprzytomnego,  po podłączanego do wszelkiej maści aparatury medycznej, całego poobijanego i owiniętego w bandaże. 
-D-d-daiki...? -Pisnęłam cicho pod nosem i podeszłam do łóżka na którym leżał. -Daiki, słyszysz mnie?!!!-Wydarłam się, lekko nim szturchając. -No odezwij się do cholery...!!!-Mimo moich starań dalej nie reagował. -Daiki proszę... p-proszę... -Syknęłam przenikliwym tonem, a moja twarz zalała się łzami. Nigdy w życiu nie byłam w takim stanie, nigdy nie czułam większej beznadziejności i bezradności jak w tamtej chwili. -J-ja wiem, wiem że ostatnio wybuchłam i napierdoliłam masę przykrych bzdur! Wiem, że niezliczoną ilość razy bardzo Cię zraniłam, wiem że mam taki skurwysyński charakter, który czasem jest nie do zniesienia, no!!!-Krzyczałam, mocno ściskając dłoń Aomine. -Już nie pamiętasz, co mi kiedyś obiecałeś idioto?!!! Miałeś mnie nigdy nie zostawiać, czyż nie?!!! I-i co teraz... I tak po prostu nagle znikniesz?!!! Nie rób sobie ze mnie jaj i wstawaj, kurwa!!! Nie znam silniejszej osoby od Ciebie D-daiki...-Przerwałam, gdyż zwyczajnie zabrakło mi tchu. -Daiki, kocham Cię!!! Kocham Cię najbardziej na tym całym, zakurwiałym świecie, rozumiesz...?!!! Ech, I-i... i nawet zgodzę się na to, by kiedyś mieć z tobą dziecko!!! -Z zagryzionymi zębami i ściśniętym gardłem wypowiedziałam to zdanie. Wtedy odniosłam wrażenie, że jego ciało lekko drgnęło. -Chcę, aby jakaś cząstka Ciebie była zawsze przy mnie... Ż-żywa, wesoła, tak przystojna jak tatuś i tak wygadana jak mamusia... -Powiedziałam roztrzęsionym głosem przez łzy. -Kocham Cię...!!! -Wykrzyczałam i położyłam głowę na jego klatce piersiowej. Po momencie poczułam, jak jego serce zaczęło uderzać z  porażającą prędkością, a oddech przyśpieszać. 
-S-sayuri...-Wtem usłyszałam cichy szept Aomine. -P-podnieś się, bo nie mogę złapać oddechu... -W wielkim szoku uniosłam się w górę i zarówno z ulgą jak i niedowierzaniem popatrzyłam na chłopaka. Ten z przymrużonymi oczyma odwzajemnił spojrzenie, a jego kąciki ust delikatnie podniosły się. 
-DEBILU MÓWIŁAM CI ŻEBYŚ UWAŻAŁ JAK BĘDZIESZ JEŹDZIŁ TYM PIERDOLONYM AUTEM, TYLE RAZY CI TO POWTARZAŁAM, A TY DALEJ SWOJE! NIENAWIDZĘ CIĘ ZA TO! NIENAWIDZĘ, JAK NIE SŁUCHASZ TEGO, CO MAM CI DO POWIEDZENIA!!! SKORO BYŁEŚ PRZYTOMNY TO CZEMU SIĘ NIE ODZYWAŁEŚ?!!! A JA PRODUKOWAŁAM SIĘ JAK GŁUPIA... 
-Uspokój się Sayuri... przepraszam... to nie był wypadek z mojej winy... 
-A JAK BYŚ UMARŁ TO WAŻNE BY BYŁO Z CZYJEJ WINY BYŁ, KURWA?!!!
-Ale jestem... tu, przy tobie. Żywy i przytomny. Więc już się uspokój... -Rzekł, po czym zauważyłam że próbował wstać. 
-Nie Daiki, nie ruszaj się w takim stanie... -Odwiodłam go od tego pomysłu, widząc jak wiele sprawia mu to trudności.
-J-ja słyszałem... słyszałem wszystko co mówiłaś... od początku do końca... I... c-cholera... -Nie dokończył, a po chwili z jego oczu zaczęły wypływać łzy. -T-to wszystko co mi powiedziałaś, a w szczególności to ostatnie zdanie... J-ja nie wiem c-co mam powiedzieć... -Mówił drżącym głosem przez płacz, co w rezultacie wywołało u mnie identyczny efekt. -Jestem taki szczęśliwy... Kocham Cię Sayuri!!!
-J-ja Ciebie też i NIE WYOBRAŻAM SOBIE ŻYCIA BEZ CIEBIE!!!-Wyznałam i układając głowę z powrotem na  Aomine, wtuliłam się w niego najmocniej jak potrafiłam.  Potem nie mówiliśmy już nic. Na całej sali słychać było tylko głośne szlochy. Przyznaje z pokorą... straszliwe z nas beksy. 

Koniec.



*Słowa z piosenki Halestorm - I hate when you see me cry



niedziela, 10 stycznia 2016

Chapter 19 cz. 2

Że niby ja, Sayuri Kotobashi, nie posiadająca się ze szczerej nienawiści do małych, człowieczych istot pełzających po tej ziemi, mam mieć dziecko? Niezły żartowniś z tego pieprzonego losu. Przecież tylu ludzi na świecie, z trudem stara się o potomka, a MI przyszło to z taką łatwością? Lecz tak naprawdę, to nie ma co się zbytnio  dziwić, gdyż tak jak już kiedyś wspominałam, moją specjalnością, a zarazem hobby jest pakowanie się w poważne kłopoty. Siedziałam w autobusie, nerwowo przebierając nogami a w przez głowę przewijało mi się tryliardy siarczystych przekleństw, oraz najróżniejszej treści myśli. Moje neurony mózgowe prowadziły arcyaktywną i dogłębną analizę faktów, stricte dotyczących zagadnienia, kiedy i w jaki sposób, mogło dojść do tego koszmarnego zdarzenia. W chwili, kiedy sięgnęłam pamięcią do tegorocznych wakacji, uświadomiłam sobie jeszcze jedną, straszliwą rzecz na którą to wręcz przeszły mnie dreszcze. Wtedy bezzwłocznie wyciągnęłam telefon i porywiście wykręciłam numer do Kise.

-Halo? Sayuricchi? I jak się czujesz?

-Czy my się wtedy zabezpieczaliśmy?!!! -Wyjechałam prosto z mostu.

-Eee...? Nie do końca rozumiem, o co ci chodzi... -Odpowiedział Blondyn po chwili długiego milczenia. 

-To zrozum, do cholery! Wtedy na wakacjach, jak ja, Ty i Aomine...

-Co tak nagle sobie o tym przypomniałaś, Sayucchi? Nie wiem jak Aominecchi, ale ja zawsze się zabezpieczam...

-Jesteś pewien?!!!

-T-tak, ale co się stało? 

-Domyśl się! -Rzuciłam, po czym zakończyłam rozmowę. Przynajmniej obiekcja, co do ojca rzekomego dziecka, została rozwiana. 

Nareszcie dojeżdżałam do przystanku, na którym to miałam opuścić pojazd. Wstałam z siedzenia i kompletnie ignorując wszystkie złośliwe spojrzenia zgorszonych pasażerów będących świadkiem tejże rozmowy telefonicznej, ustawiłam się przy drzwiach. Wysiadłam i z prędkością szybszą niż światło, pogalopowałam do domu Daikiego.
-Ooo, siemasz kochanie... -Otworzył mi drzwi a następnie zniżył na wysokość mojej twarzy, ażeby pocałować mnie na przywitanie.
-PRZESUŃ SIĘ KRETYNIE!!! -Ja jednak, nie pozwoliłam mu na ten czyn i niczym pies z zaawansowaną wścieklizną wparowałam do środka, gwałtownie popychając Aomine. 
-A tobie co...? -Spytał, całkowicie zszokowany moim zachowaniem. 
-MI NIC, ALE TY BĘDZIESZ TATUSIEM, OGARNIASZ?!!!! -Wypaliłam bez ogródek.
-Ż-że co?! -Pisnął, a oczy zrobiły mu się tak duże, jak opony od jego nowo zakupionego samochodu. -To znaczy że ty jesteś w...?!!!
-NAWET NIE KOŃCZ! Nie chcę o tym słyszeć, kurwa!!!! 
-A-ale jak to się mogło stać... -Poszedł do salonu, usiadł na sofie po czym złapał się za głowę. 
-CO, MAM CI WYTŁUMACZYĆ JAK SIĘ BACHORY ROBI?!!! Przecież jak widać, to ty jesteś kurewskim ekspertem w tej dziedzinie!!!! 
-Przecież zawsze się zabezpieczamy...
-TO CO, MOŻE KONDOM PĘK?!! Ech... Co z tego że będziemy dochodzić jak to się stało, jak TO się stało i się kurwa nie odstanie!!! I wiedz, że już NIGDY nie pójdę z tobą do łóżka, NIGDY!!!! -Nie mogłam przestać wydzierać gęby na mojego faceta, a on będąc pogrążony w ogromnym osłupieniu, sięgnął na stolik po paczkę papierosów i odpalił jednego. 
-Uspokójmy się, Sayuri. -Mruknął, starając się powrócić do trzeźwego myślenia. Ja bezceremonialnie wyrwałam mu fajki i zupełnie lekceważąc mój obecny stan cielesny, sama zapaliłam. 
-Co ty wyprawiasz do cholery?! -Granatowowłosy wstał i z miejsca wyszarpał mi szluga z ręki. -Nie wiesz, że to szkodzi dziecku? 
-Tak?! To czemu sam palisz przy ciężarnej?! I co ci tak nagle zaczęło zależeć?!! 
-No dobra, masz racje... -Przytaknął, gasząc swojego. - Posłuchaj, Sayu. Damy radę. Oboje jesteśmy dorośli, ja mam bogatych rodziców, a studia i wychowanie dzieciaka też się da jakoś pogodzić... -Zapewnił, patrząc mi prosto w oczy. 
-OCZYWIŚCIE, ŻE DAMY RADĘ! Zastanów się, do kogo mówisz debilu! Ale to, że jesteśmy dorośli, wcale nie oznacza że to już pora na bachora, noo!!! A poza tym, dobrze wiesz że skurwysyńsko nienawidzę dzieci i za żadną cholerę nie wyobrażam sobie niańczyć swojego!!! 
-Sayuri, uspokój się... -Daiki podszedł do mnie i od tyłu otulił swoimi silnymi ramionami, kładąc mi ręce na brzuchu. Ja próbowałam się wyrywać, lecz moje trudy poszły na marne, gdyż z każdą sekundą pogłębiał uścisk. 
-Uspokój się... -Powtórzył, subtelnie muskając mnie ustami po policzku. -Wiem że to stało się tak nagle i pojebało nam całe plany życiowe ale.... z drugiej strony pomyśl, jaki zajebisty dzieciak wyjdzie z połączenia jego zajebistych rodziców... Wiesz, szczere to chciałbym mieć syna... uczyłbym go, nie, uczylibyśmy go razem grać w kosza od małego, a w przyszłości wyrósł by na takiego drugiego zajebistego tatusia, który poznałby taką drugą zajebistą mamusie i mielibyśmy zajebiste wnuki... -Mówił nieprzerwanie Aomine, a ja zgodnie z jego poniekąd sensownymi słowami, widziałam wszystkie te scenariusze oczami wyobraźni. -Kocham cię, a ten dzieciak jeszcze bardziej nas do siebie zbliży...-Orzekł ujmująco. Stałam nieporuszenie w objęciach Daikiego i po wysłuchaniu tego, co właśnie powiedział, przez moment poczułam ukojenie w sercu. Szczerze powiedziawszy, byłam z lekka zaskoczona jego dorosłą postawą, gdyż myślałam że na tą nowinę zareaguje zupełnie w inny sposób. Rozmarzyłam się, myśląc jak mogłaby wyglądać nasza wspólna przyszłość. Jednakże nie potrzeba było dużo czasu, abym z powrotem zeszła z obłoków na ziemię i wróciła do swej prawdziwej osobowości. 
-Przestań pieprzyć!!!! -Warknęłam i zamaszyście odtrąciłam chłopaka od siebie. -Jeśli myślisz, że nakręcisz mnie tymi pięknymi słówkami, to się kurwa grubo mylisz! 
-Sayu... ja rozumiem, że jest ci w chuj ciężko przyjąć to do wiadomości ale musimy się z tym jakoś pogodzić... 
-Z niczym nie będę się godzić, do póki nie potwierdzę tego u wiarygodnych źródeł!! -Burknęłam, kierując się w stronę drzwi wyjściowych i bez słowa opuściłam mieszkanie Aomine. Adekwatnie do tego, co oświadczyłam wcześniej, postanowiłam że najodpowiedniej będzie udać się teraz do lekarza,  bowiem gdzieś głęboko we mnie tliła się malutka refleksja iż ten nieszczęsny test ciążowy, mógł jednak nie mieć racji.

***
~Kurrrwa mać!!!! No ja pierdole!! Chyba zaraz mnie tu chuj nagły strzeli!!~ Od dobrych trzydziestu pięciu minut taka i podobne wiązanki przekleństw chodziły mi po głowie. Kolejka w przychodni posuwała się w tempie chodu trzystokilwego żółwia, a me rozwścieczenie  rosło odwrotnie proporcjonalnie w stosunku do szybkości postępu przesuwania owego łańcucha ludzi, czekających przed gabinetem. W ostatecznym razie, kiedy byłam już na granicy szewskiej pasji, przyszła kolej na mnie. ~Boże i Wszyscy Święci, błagam by to była nieprawda...~ Odprawiłam szybkie duchowe modły, westchnęłam głęboko i weszłam do siedziby doktora. Tłok ludzi walczących o konsultację lekarską był koszmarem, ale oczekiwanie na informacje potwierdzającą to, czy jestem w ciąży czy też nie,  to już istne piekło! Na całe szczęście, szybkość wizyty wynagrodziła mi cały mój czas spędzony w kolejce. Aczkolwiek warto było czekać, ponieważ chwalebny komunikat lekarza, w pełni potwierdził moje przypuszczenia. Jeszcze nigdy w życiu nie odetchnęłam z tak niesamowitą ulgą. 

***
Od: Sayuri
Do: Aomine
Treść: Masz jebane szczęście. To był fałszywy alarm. 


niedziela, 3 stycznia 2016

Chapter 19 cz. 1

Późne letnie popołudnie. Dzień nie był już tak gorący jak przeszło dwa tygodnie temu, kiedy to oddawałam się błogim, słonecznym kąpielą w malowniczej nadmorskiej miejscowości. Jednakże wakacje nadal trwały pełną parą, a słońce również nie szczędziło sobie promieni słonecznych, precyzyjnie ocieplających klimat. Ja, Taiga oraz Kise, praktycznie od samego poranka, z rozmachem przemierzaliśmy wystawy sklepowe w galerii handlowej, co jakiś czas robiąc przystanki na opróżnienie naszych portfeli. Co też robiliśmy w tak nie brzydki dzionek w otchłani sklepowej dżungli? Otóż, ku szybkiemu wyjaśnieniu, parę dni temu mój Granatowowłosy idiota, pomyślnie i bezproblemowo zdał egzamin na prawo jazdy, co rzecz oczywista, było powodem do arcymega świętowania. Co więcej, uczynił to za pierwszym podejściem, w wyniku czego postanowiłam wyprawić mu dziki melanż, ażeby należycie uczcić jego nie lada wyczyn. I tak właśnie w związku z zaistniałą sytuacją, zwerbowałam mych najdroższych kumpli co by pomogli mi w dźwiganiu wszystkich niezbędnych rzeczy, potrzebnych do zorganizowania tejże imprezy.  

-Ughhh...  Prawie cała moja wypłata poszła się jebać przez te buty!!! - Lamentowałam, porywiście wymachując reklamówką z moją nową parą Jordanów, a nieposkromiona rozpacz rozrywała moje serce na widok nikłej wówczas zawartości portfela. 
-Sayucchi, trochę nie rozumiem twojego toku myślenia. Przecież nikt nie kazał ci ich kupować... -Burknął Blondyn, patrząc na mnie posępnym wzrokiem. 
-Ujarzmij się Kise, czy ty siebie słyszysz?! Kurewsko mi się podobają!  A poza tym, nigdy nie przegram z tym kretynem w ilości butów!!! -Odrzekłam, z dumnym uśmiechem na ustach. 
-O tak, Sayu. Moja krew. Od razu widać, kto cię wychował. -Przyznał Kagami puszczając do mnie oczko. 
-Żółwik, "bracie"! -Zawołałam ochoczo i po chwili nasze pięści żwawo zderzyły się ze sobą. W tym samym czasie Ryota zniknął nam z pola widzenia, przystając przy gablotce nie taniej drogerii kosmetycznej, a jego oczy mieniły się niczym sześćdziesięcio sześcio karatowe diamenty. 
-Sayuricchi! Kagamicchi! Podejdźcie tu na moment! -Wydarł gębę Blond-model, a my z ciekawości, jakiż to byt przyciągnął jego uwagę, udaliśmy się w jego stronę. 
-Widzicie te perfumy? -Wskazał dłonią na półkę z owym kosmetykiem. -To jedne z najzajebistrzych, jakie kiedykolwiek wąchałem. -Oświadczył z zachwytem. 
-Chwilunia Kisiu, przecież Daiki takich używa! -Wypaliłam, natychmiastowo przypominając sobie zapach tego "legendarnego" pachnidła, które przecież było jedną z pierwszych rzeczy, jakie pokochałam u Aomine. 
-Ciężko by było tego nie wyczuć, droga Sayucchi. -Rzekł, posyłając do mnie promienisty uśmiech. -I właśnie wpadłem na pomysł żeby kupić mu je na prezent. 
-Niech cię nagły szlag trafi, za ten świetny pomysł, Ryocia! Teraz to mi już nawet pół złamanego gorsza nie zostanie w kieszeni! -Wymamrotałam, wzdychając głęboko. 
-Spokojnie, wspomożemy cię, prawda Kagamicchi? -Złotooki zwrócił się do Taigi, kładąc mu rękę na ramieniu. 
-Mnie w to nie mieszaj. -Sapnął beznamiętnie Czterobrwiowy, ruszając w stronę wejścia do sklepu, do którego uparcie ciągnął Blondyn. 
-Chłopaki, czekajcie. -Nagle, ni stąd ni zowąd,  poczułam jak zaczyna mi się kręcić w głowie, a moje ciało ogarnęła niewyjaśniona słabość. 
-Co jest Sayu? -Spytał Kagami, momentalnie odwracając się z Kise w moją stronę. 
-We łbie mi się zakręciło, idę sobie usiąść. -Oświadczyłam i łapiąc się za łepetynkę, niestabilnym krokiem podeszłam do ławki. 
-Sayuricchi, wybacz że to powiem, ale naprawdę marnie wyglądasz... -Przyznał Ryota po dokładnym zlustrowaniu mej osoby i usiadł obok mnie. 
-Serio jakoś zbladłaś. Może lepiej będzie jak odprowadzę cię do domu, bo jeszcze mi tu zejdziesz zaraz. -Zaproponował Kagami, a ja tylko kiwnęłam głową na ową propozycję. Nie cackając się ani minuty dłużej, zostawiliśmy Blondyna samemu sobie, po czym obydwoje stwierdziliśmy iż najlepszym możliwym wyjściem będzie w natychmiatwoym tempie podążyć do mieszkania Taigi, bowiem mieszkał on dosłownie parę minut od miejsca, w którym to aktualnie się znajdowaliśmy.  I tak oto ledwo powłócząc nogami, w ostateczności udało mi się dotrzeć do chałupy mojego przyjaciela i z impetem legnąć na jego łóżko.

-Ale dalej nie ogarniam, co cię tak nagle wzięło... znowu chlałaś do rana?-Zapytał Czterobrwiowy, kładąc mi zimny okład na czerepie. 
-Masz mnie za jakąś pierdoloną alkoholiczkę?! Jest mi w chuj niedobrze i nie wiem z jakiego powodu, a ty mi tu snujesz takie teorie?! -Warknęłam na chłopaka, będąc pogrążona w głębokiej irytacji spowodowanej moim obecnie nie najlepszym samopoczuciem. 
-Dobra, sorry, już nic nie mówię. -Rzucił z pokorą. -Chociaż jeszcze jedna rzecz przyszła mi do głowy...
-No niby co znowu?
-Cholera, aż strach CIEBIE o to pytać... 
-Gadaj, najwyżej cię zabije. 
-Ta, najwyżej, dobry żart... -Mruknął pod nosem i przełknął ślinę. -Czy ty przypadkiem nie zaciążyłaś...? -Wydukał, a ja jak leżałam plackiem bez ruchu, tak na jego pytanie w trymiga wystrzeliłam do pionu. 
-TO JEST DOPIERO KURWA, DOBRY ŻART!!!!! W ŁEB SIĘ PUKNIJ, ALBO LEPIEJ W PAŁĘ, BO PIEPRZYSZ JAKIEŚ CHOLERNIE ABSURDALNE BZDURY!!! -Wydarłam się wniebogłosy, a nawet wyżej, na co Kagamiemu zabrakło odwagi by pisnąć słówkiem, gdyż zdawał sobie sprawę że w ten sposób tylko pogorszy swoją sytuację. Jednakowoż po chwili milczenia i dogłębnych przemyśleniach, zaczęłam z bólem serca i duszy uzmysławiać sobie iż niestety Taiga może mieć racje. 
-Leć mi po test ciążowy. -Wyszemrałam, a złość połączona z szaleńczą niepewnością kipiała ze mnie strumieniami. 
-A jednak... 
-NATYCHMIAST!!!!-Rozkazałam, ani trochę nie przejmując się tym, jaką traumą może być dla mego kumpla kupienie tegoż specyfiku. On chwilę pomarudził coś do siebie, lecz wiedząc że i tak za żadne skarby nie odpuszczę, momentalnie pognał do apteki. Minęło dziesięć minut, a może mniej jak wrócił z powrotem. Teraz nie zostało mi już nic innego, jak tylko rozwiać moje arcyniepokojące wątpliwości. 

Paręnaście minut później

-Ej, no i jak tam...? -Spytał nieśmiało Taiga, z niecierpliwością czekając na werdykt. Ja w odpowiedzi, z kolosalnym trzaskiem otworzyłam drzwi od łazienki, po czym wyszłam ze zwieszoną głową. 
-KURWA!!!!!!!-Uderzyłam pięścią o ścianę. -Leć mi po jeszcze jeden, bo kurwa NIE WIERZĘ!!!!!!!!!! 
-No to ładnie. 
-NO TO ŁADNIE?!!!! CHYBA SOBIE JAJA ROBISZ?!!! Kupiłeś jakieś zepsute ustrojstwo, które nie działa w należyty sposób, więc albo idź go reklamuj albo zapieprzaj po jeszcze jeden!!!! -Bezpodstawnie darłam gębę na Kagamiego, gdyż za nic we wszechświecie nie mogłam pogodzić się z wynikiem testu. 
-Ogarnij się Sayuri!!! To tylko pokazało prawdę, a ja nie mam z tym nic wspólnego! 
-Prawdę, to sobie możesz w chuja wsadzić! Nara!!! -Odpyskowałam chamsko a następnie skierowałam do wyjścia. W tym momencie rozdzierająca mnie od środka gigantyczna wściekłość oraz niepowstrzymane emocje szargające mną we wszystkie strony, przejęły całkowitą kontrolę nad moim do tej pory przyćmionym stanem fizycznym. Jedyne czego teraz pragnęłam, to porządnie, ostro i bez litości rozmówić się z Aomine.