sobota, 29 sierpnia 2015

Chapter 4

Wróciłam późno do domu, wcisnęłam rzeczy w kąt i walnęłam się na łóżko bo nie miałam siły żeby cokolwiek zrobić. Zamknęłam oczy i zaczęłam myśleć o tym wszystkim co ostatnio mi się przydarzyło. Głównym tematem rozmyślań był rzecz jasna nikt inny jak tylko Aomine.  Wtedy przypomniałam sobie że wciąż mam na sobie jego bluzę. I właśnie w tym momencie o poczułam mocny zapach męskich perfum. ~Woow przezajebiste...~ Pomyślałam zachwycona. Przez dłuższą chwilę wąchałam,wdychałam i ćpałam ten zapach jak narkotyk. A potem nie wiem kiedy zasnęłam jak gdyby nigdy nic. 
Ufff, nareszcie sobota, w końcu odpocznę sobie od tego debila. No, przynajmniej mam taką nadzieję. 
Wielokrotnie powtarzam każdemu że nadzieja to suka i matka idiotów. I tym razem życie utwierdziło mnie w tym przekonaniu. Egzystowałam sobie spokojnie, zajmując się tym czym zwykle zajmuję się w dni wolne czyli inaczej  rzecz ujmując, oglądaniem anime, czytaniem mang i leniuchowaniem. A tu w pewnej chwili mój telefon zaczął tak wibrować że o mało co nie przewiercił mi dziury w biurku. Patrzę na ekran- trzy połączenia nieodebrane + jeden esemes.

Od: Pierdolony debil 
Do: Sayuri
Treść: Spójrz przez okno.

Przeczytałam, po czym uniosłam brew z zaskoczenia. Ruszyłam więc tyłek z krzesła co by zaspokoić swoją ciekawość. Nie musiałam nawet fatygować się zbytnio gdyż mieszkam na parterze i wystarczy jedynie wstać by zobaczyć dokładnie całe podwórko. Gdy zobaczyłam kto stał pod moim domem chuj mnie strzelił i szlag trafił.  Wraz ze całą swoją kurwicą, w mig znalazłam się na zewnątrz. 
-Po to tu przylazłeś,tak?!!!-Zapytałam po czym pocisnęłam w Aomine jego bluzą.
-Przyszedłem żeby się z tobą zobaczyć.-Odparł spokojnie, łapiąc ubranie. -Weź sobie ją, już nie jest mi potrzebna, a poza tym pasuje ci. -Stwierdził po czym odrzucił ją z powrotem do mnie. Najchętniej podarłabym tą bluzę na drobne kawałki ale powstrzymywał mnie przed tym jedynie fakt, iż pewnie kosztowała majątek. 
-Taa, dzięki. -Prychnęłam olewająco. -Chciałeś się ze mną zobaczyć? To proszę widzisz mnie, to wszystko? W takim razie spadam, nara. -Dodałam po czym ruszyłam w stronę drzwi wejściowych. Daleko nie zaszłam gdyż ten idiota złapał mnie za przedramię i przyciągnął do siebie. 
-Jeszcze się nie napatrzyłem. 
-Puszczaj mnie debilu!
-Nigdy w życiu.-Rzekł po czym schylił się i złapał mnie dłonią za podbródek. Wtedy znowu poczułam zniewalający zapach jego perfum. 
-Doskonale wiem że kurewsko szalejesz na moim punkcie. -Oświadczył po chwili. 
-Chyba śnisz!-Wykrzyknęłam i odtrąciłam go od siebie. Mimo wszystko to co powiedział nie było w żadnym wypadku kłamstwem, była to najprawdziwsza prawda. Nie mam pojęcia, co odwaliło mi wtenczas do głowy. Szarpnęłam Aomine za rękę i zaciągam za blok, co by zniknąć z pola widzenia moich wścibskich sąsiadów a przede wszystkim z oczu mojej matki która gdy tylko zobaczy mnie z obojętnie jakim przedstawicielem płci przeciwnej goni mnie z miotłą, a w najgorszym wypadku z siekierą. O tak, była przewrażliwiona na tym punkcie, z resztą nie bardziej niż ja. 
Oparłam się o ścianę i stanęłam na przeciwko Daikiego. Zaplotłam swoje ręce wokół jego szyi po czym wpoiłam się w jego usta. To była jedynie kwestia sekundy jak zaczęliśmy się lizać. Lizać, jak jakieś obleśne świnie. Po chwili oderwałam się od niego i obdarzyłam spojrzeniem pełnym złości. 
-Oto ci chodziło?! Jeśli założyłeś się z kimś że przeliżesz się ze mną to wygrałeś, a teraz daj mi spokój!!!
-Haha, z nikim się nie zakładałem, a jak już coś to na pewno nie o ciebie.-Odparł jak gdyby nigdy nic, uśmiechając się idiotycznie. 
-To czego ty kurwa chcesz, co?! 
-Chcę Ciebie. -Wyznał na co ja tylko wytrzeszczyłam oczy, odepchnęłam Ao od siebie i cyknęłam do domu. 
Masz ci los. 
W drzwiach powitała mnie moja rodzicielka z toporem w ręku. Nie no żartuję, na całe szczęście tylko z miotłą. 
-Kto to był? -Spytała patrząc na mnie ze wzrokiem żądnym zabicia. 
-Mój najgorszy koszmar.- Odparłam ścigając buty.
-Khe khe, czuć od ciebie mocny zapach perfum... męskich. -Stwierdziła obwąchując mnie jak pies. 
-Zajebiste, nie? Właśnie planuje sobie takie kupić.-Burknęłam po czym weszłam do mojego pokoju i zatrzasnęłam drzwi. 
*
Do:  Aomine
Od: Sayu
Treść: Chcesz mnie? To sobie weź. Zakuj, porwij albo zamknij w klatce. Proszę bardzo. Nie boję się ciebie. 

Od: Pierdolony debil
Do: Sayuri-chan
Treść: Haha jasne, uwierz mi kochanie, jeszcze sama do mnie przylecisz. 




środa, 26 sierpnia 2015

Chapter 3

Kurwa. Jest druga w nocy, nie mogę usnąć a pozostały mi nie całe cztery godziny snu. Za każdym razem kiedy zamknęłam oczy widziałam Aomine i jego granatowe patrzałki. Przypominałam sobie jego grę na treningu, jego głupie zaczepki i szarmancki ton głosu który sprawiał że krew zastygała mi w żyłach. Cholernie ciężko było mi to przyznać, ale zapragnęłam go jeszcze raz zobaczyć. Od tamtej nocy pojawiałam się codziennie na treningach męskiego klubu koszykówki, rzecz jasna w ściśle szczerzonej samotności i na całe szczęście nikt nie odkrył jak dotychczas mojej obecności. Ba, byłam wręcz święcie przekonana że nikt mnie widział. Jednak nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo się myliłam. 
***
-Ała!-Syknęłam kiedy poczułam jak coś miażdży mi nogę. 
-Hę? Halo, kto tam jest?-Usłyszałam znajomy głos i już wiedziałam że znalazłam się w poważnych tarapatach.
-Yuuki, cicho, to tylko ja...-Przyznałam z pokorą. 
-No nie wierzę! Jednak miałam rację!
-Zamknij się idiotko, przyszłam tylko po to by podpatrzeć ich strategię do naszego następnego meczu. 
-Tylko winni się tłumaczą, Sayu-chan. Dobrze wiem po co tu przyszłaś. 
-Dobra dobra niech ci świeci, ale siedź już cicho. 
Na liście osób która mogła dowiedzieć się o mojej małej tajemnicy, Yuuki była przedostatnia. Teraz tylko pozostało mi czekać na najgorsze. 
Dzisiejszy trening dobiegł końca. Spławiłam tą dociekliwą sukę a sama ulotniłam się z sali po cichutku jak zazwyczaj. Uszłam parę kroków, potem dwa metry i przystanęłam na moment, co by upewnić się że nikt za mną nie idzie. Droga wyglądała na czystą więc ruszyłam dalej. Po chwili jednak coś zaczęło mi nie grać, bowiem miałam wrażenie jakbym słyszała czyjeś kroki. Przyśpieszyłam i w żadnym wypadku nie miałam zamiaru odwracać się za siebie. Lecz uczucie obecności drugiej osoby pogłębiało się z każdą sekundą. Pierwsza myśl jaka przyszła mi wtedy do głowy to Aomine. I niestety miałam rację. 
-Kotobashi, zaczekaj!-Zawołał z oddali Daiki.
-Czego chcesz idioto?!-Zatrzymałam się mimowolnie i odwróciłam w jego stronę. 
-Chciałem ci tylko powiedzieć że nie będzie mnie jutro na treningu.-Oznajmił doganiając mnie. 
-A co mnie to interesuje?!-Zapytałam zdezorientowana.
-Wiesz, nie chcę byś fatygowała się na marne...
-O co ci kurwa chodzi? bo lekko nie ogarniam.
-Nie zgrywaj się, Kotobashi. Przecież codziennie przychodzisz.-Kiedy dotarło do mnie co właśnie powiedział zaniemówiłam na moment i przeleciałam go wzrokiem pełnym przerażenia . 
-A-ale skąd o tym wiesz...?!
-Czy to ważne? Zapamiętaj mała, przede mną nie uciekniesz. -Oświadczył po czym przybliżył się do mnie i zniżył  na wysokość mojej facjaty. Zrobiłam krok w tył i zacisnęłam powieki. ~Błagam, tylko nie patrz mi w oczy~ Panikowałam w myślach jak gdyby przede mną nie stał człowiek a legendarny bazyliszek, który zabijał każdego swoim spojrzeniem. Jednak tym razem zrobił coś o wiele gorszego, czego w życiu bym się nie spodziewała. W pewnej chwili  jego usta dotknęły moje. To sen prawda? Te bezsenne noce dały mi się we znaki a teraz śnią mi się same koszmary. Ale była czwarta po południu, staliśmy w parku obok naszego liceum a koło nas przechodzili ludzie. To zbyt realne jak na sen. 
Pocałował mnie. Daiki Aomine mnie pocałował. Czy mogło by mi się przydarzyć coś gorszego? Owszem, mogło. 
***
-Sayuri wszystko w porządku? Z dnia na dzień wyglądasz coraz gorzej...-Stwierdziła Yuuki patrząc na mnie z politowaniem. 
-Nic nie jest w porządku.-Wywarczałam siadając na ławce. Nie powiedziałam jej o tym co się wydarzyło parę dni temu, lecz potrzeba wygadania się była coraz silniejsza. 
Ta tylko obdarzyła mnie pytającym spojrzeniem i usiadła obok mnie. 
-Kurwa no nie mogę ci tego powiedzieć noo... 
-Gadaj, od tego jestem na tym świecie. 
-Dobra bo już dłużej nie dam rady tego ukrywać.-Oznajmiłam, biorąc głęboki oddech.-Pocałował mnie. Ten idiota mnie pocałował, rozumiesz?! Nie wiem co mam teraz ze sobą zrobić cholera...
-Cooo???!!!-Yuu aż pisnęła z wrażenia.-Powinnaś się cieszyć, ja na twoim miejscu...
-Jaja sobie ze mnie robisz?
-Sayu przestań, wiesz ile dziewczyn chciało by być na twoim miejscu? 
-Nie obchodzi mnie to, i w ogóle nie chce mi się z tobą gadać, zamiast mi pomagać to tylko mnie wkurwiasz. -Rzuciłam i odeszłam od niej, co było wielkim błędem.  
Nie wiadomo kiedy i dlaczego niebo zachmurzyło się, ptaki ucichły a z oddali było słychać grzmoty zapowiadające dość pokaźną burzę. Nagle z góry zaczęły spadać zimne krople deszczu które po niedługim czasie zamieniły się w ulewę. Jak łatwo było się domyślić nie posiadałam parasola, nawet nie miałam się gdzie schować co w rezultacie sprawiło że zostałam zlana do suchej nitki. Do domu miałam spory kawałek więc wróciłam pod szkołę co by trochę przeschnąć. Usadowiłam swój tyłek na krawężniku po czym zaczęłam wykręcać swoje ubrania z wody. Nie ukrywam że wraz z przejściem tej kurtyny wodnej przez miasto temperatura powietrza znacznie spadła w dół. Było mi przeraźliwie zimno. 
-Co to za skulona, mokra kura tutaj siedzi?- Wtem znowu przede mną pojawił się ten spalony idiota. To stawało się już nudne. 
-Znowu ty? Boże, odpuść sobie w końcu...
-Chyba przyszedłem w odpowiednim momencie...-Rzekł, przykucnął na przeciwko mnie po czym ściągnął z siebie bluzę i okrył nią moje zmarznięte ciało. Nie protestowałam i przyznam bez bicia że zrobiło mi się wtedy naprawdę miło, lecz na twarzy ciągle miałam maskę focha z przytupem. 
-Ale cię zlałooo...-Ao przejechał mi dłonią po twarzy, odgarniając moje kapiące kłaki z czoła.
-Jak bym nie wiedziała...-Odburknęłam speszona i otuliłam się bardziej bluzą Aomine gdyż nie mogłam przestać trząść się z zimna.
-Hej hej no czekaj, ty cała drżysz.-Przyznał Granatowowłosy po czym złapał mnie za ręce. 
-Jakie zimne.
-Puszczaj...-Pisnęłam, chociaż tak naprawdę nie chciałam by to zrobił. 
-Ale jak puszczę to zamarzną...-Odpowiedział takim dziwacznie słodkim tonem głosu że niemalże wywołał u mnie uśmiech. Nie wiem jakim cudem w pewnej chwili nasze spojrzenia spotkały się w jednym punkcie. No to ładnie. 
-Sayuri, jesteś tutaj?-Już zaczynałam tonąć w głębi tych przepięknych granatowych tęczówek kiedy w samą porę na ratunek przyszła mi Yuu-chan. -O sory, widzę że przeszkadzam, już się zmywam.-Dodała, zauważając mnie.
-Nie, czekaj, dobrze że jesteś idę z tobą.-Wstałam szybko i ruszyłam za dziewczyną. Wtedy sama nie wiem dlaczego, po raz pierwszy w życiu oglądnęłam się za siebie. Stał i patrzył jak odchodzę, nie spuszczał ze mnie wzroku. 
-Sayu halo, uważaj bo wpadniesz na słupa.-Ostrzegła mnie Yuuki, sprowadzając z powrotem na ziemię. 
-Sorry, nie zauważyłam...
-Jaka ładna bluza, nie wiedziałam że gustujesz w męskich. 
-Co?! Wcale nie gustuje w męskich.-Odparłam ze zdziwieniem w głosie kompletnie zapominając co wówczas miałam na sobie. 
-Nie jest twoja? A może należy do Aomine, co? 
-Tak należy do Aomine i odczep się już ode mnie.-Mruknęłam, czując że moja twarz zaczyna przybierać purpurowy kolor. Oczywiście nie puściła by mnie wolno gdybym jej wszystkiego nie powiedziała. 



sobota, 22 sierpnia 2015

Chapter 2

Zaczęło się piekło. Moja egzystencja polegała teraz głównie na uciekaniu gdzie raki zimują, i spławianiu tego opalonego idioty, który nie ustępował mnie na krok. Uciekałam, a nie byłam tchórzem, wręcz przeciwnie, myślałam że jeśli dam mu do zrozumienia, że jest dla mnie niczym więcej jak tylko powietrzem, w końcu chuj go zastrzeli i da mi spokój. Jednak z każdym dniem chuj strzelał niestety mnie. Byłam zmuszona zrezygnować nawet z treningów bo ten debil przychodził regularnie co by pooglądać jak ćwiczę. Lecz pewnego dnia zagotowałam gorzej niż wulkan w stanie erupcji. Na mój telefon zaczęło przychodzić milion wiadomości o treści typu: "Co tam u ciebie mała? ", "Potrenujmy razem w kosza","Siema, jak tam dzień mija?", "Dobranoc"... itd. Zgadnijcie od kogo. Z każdym sygnałem esemesa miałam ochotę doszczętnie  zniszczyć mój telefon, choć opamiętywałam się dość szybko, zdając sobie sprawę że to i tak nic nie da, oprócz wielkich strat materialnych. Skąd miał mój numer? Wiedziałam to od razu. Otóż menadżerką męskiego klubu koszykówki  była panna Satsuki Momoi, mająca dostęp do wszystkich informacji o każdej osobie żyjącej na tej ziemii. Wiem, może trochę przesadzam, ale nienawidziłam tej Różowowłosej pindy. Co gorsza, znali się z Daikim od dzieciństwa, więc nie miał najmniejszego problemu, by dowiedzieć się o szczegółach całego mojego życia. Nie wspominam już nawet że Taiga rozchorował się na całego a jego rekonwalescencja była przewidziana na miesiąc czasu. Chyba lepiej być nie mogło. 
Mijał dzień za dniem a ja zaczęłam przyzwyczajać się do takiego trybu życia. Nie reagowałam na jego zaczepki, wyłączałam telefon, zajmowałam się swoimi sprawami. Jednakże nadszedł dzień w którym zaczęłam zmieniać swój sposób myślenia o Aomine. 
***
-Sayuri, no błagam cię, chodź ze mną, muszę go zobaczyć, nooo!
-Mogę iść z tobą wszędzie, ale na pewno nie pójdę na ich trening.
Od dobrych paru godzin wykłócałam się z moją przyjaciółką Yuuki, która szalała na punkcie Shoichiego Imayoshi, kapitana męskiej drużyny koszykówki.  
-Ale sama tam nie pójdę, proszęęęę cięęęę!
-Powiedziałam NIE. -Nie było mowy bym tam poszła. Przecież to wiązało by się z celowym spotkaniem mojego największego koszmaru.
-Bo powiem Aomine, że ci się podoba. -Osz ta pizda. Wiedziała jak uderzyć w mój czuły punkt. Ale przecież to i tak nie prawda. No... może trochę nie prawda.
-NIE!-Warknęłam na cały korytarz. 
-O, masz szczęście, właśnie tu idzie.-Zaśmiała się złowrogo, gdyż wiedziała że jestem przegrana. 
-Przecież on mi się nie podoba, ani trochę! 
-Jaaasnee, a ten kolor na policzkach to co? 
-Nałożyłam po prostu za dużo różu, i jak tu idzie to spierdalamy i to szybko.-Spojrzałam wgłąb korytarza, ujrzałam sylwetkę mojego prześladowcy i już chciałam ruszać do ucieczki kiedy Yuuki powstrzymała mnie, łapiąc za ubranie. 
-Chwila, chwila moja droga. To idziesz ze mną czy nie? 
-Nigdzie z tobą nie pójdę. -Wyrwałam się i zaczęłam iść przed siebie. 
-Aomine!-Zawołała do niego, machając ręką. 
-Dobra pójdę z tobą, ale kurwa mamy się teraz stąd zwinąć z prędkością światła!-Wykrzyczałam spanikowana, porwałam Yu-chan i takim oto sposobem spierdoliłyśmy na drugi koniec szkoły. 
-Uff, mało brakowało...-Odetchnęłam z ulgą, ocierając pot z czoła. 
-Do czego, hm? Do tego by się dowiedział o twojej skrytej sympatii? 
-NIE, do tego by znowu mnie zaatakował, debilko. 
-Niech ci świeci, ale wiesz kochana że przede mną niczego nie ukryjesz. 
Co za laska. Od zawsze była dla mnie jak rodzona siostra i znała moje reakcje bodźce zewnętrzne lepiej niż ja sama. Właśnie to najbardziej mnie w niej wkurzało. 
Wybiła 16. Obie zmierzałyśmy na sale gimnastyczną bo właśnie chłopcy rozpoczynali trening. Przez całą drogę modliłam się o to by wybuchła bomba ukryta w fundamentach naszej szkoły, meteoryt spadł na nasze liceum albo stało się cokolwiek bylebym tylko nie musiała się tam pojawić. Z tego co się dowiedziałam, Daiki na całe szczęście ma w zwyczaju przychodzić spóźniony minimum 10 minut , a 10 minut to wystarczająco bym zdążyła zakamuflować się w odpowiedniej skrytce. Nie mam granatowego pojęcia po jaką cholerę Yuuki mnie ze sobą ściągała bowiem siedziała w transie zafascynowana panem kapitanem, a o moim istnieniu kompletnie zapomniała. Ja natomiast usadowiona byłam na betonie, pod krzesłami i zasłonięta torbą. Na sto procent nikt mnie nie zauważy. W pewnej chwili na salę przybył ten, którego imienia nawet nie chciałam wypowiadać. Nie wiem czemu moje oczy powędrowały od razu na niego i śledziły dokładnie każdy jego ruch. Nie mogłam się powstrzymać by na niego nie patrzeć. Podziwiałam z jaką dokładnością kozłuję piłkę, omija przeciwników i zdobywa punkty epickim wsadem lub jeszcze bardziej epickim rzutem. 
-Zajebiście...-Szepnęłam oczarowana. Moja przyjaciółka wzdrygnęła się lekko i rzuciła mi podejrzliwe spojrzenie. 
-Prawda że jest zajebisty? 
-Ta...
-Patrzysz na Aomine, co?
-Ta... Nie chwila, ŻE CO?!?!?!?!?!-Finalnie zeszłam na ziemię, zdając sobie sprawę z tego co właśnie powiedziałam. 
-MAM CIĘ!-Wykrzyknęła triumfalnie. -Przyznałaś się, hahaha!
-NIE, DO NICZEGO SIĘ NIE PRZYZNAŁAM, TO BYŁA IRONIA! -Starałam się ratować sytuację, ale niestety było już za późno. Z tego wszystkiego nawet nie spostrzegłam się kiedy wyłoniłam swój łeb z mojej kryjówki, lecz ku mojej uldze nie dostrzegłam już nikogo na boisku. 
-Chodź wracamy, Sayu, dzięki że zgodziłaś się ze mną pójść.
-Bo mnie zaszantażowałaś, zadowolona? 
-Jasnee że tak, ale wydaje mi się że ty bardziej... 
-Przestań w tej chwili! To był pierwszy i ostatni raz, kiedy tu z tobą przyszłam. 
-Uwierz mi, jeszcze tu wrócisz i to w podskokach, haha! 
-Zamknij się!- Odpyskowałam i ruszyłam w stronę wyjścia. Byłam tak skupiona na tym żeby jak najszybciej się stamtąd ulotnić, że nie zauważyłam Aomine stojącego zza drzwiami. 
-Ohoho kogo ja tu widzę? -Zwrócił się do mnie Opaleniec wcale nie wyglądający na zaskoczonego. 
-To ja nie będę wam przeszkadzać.-Rzekła Yuuki, zostawiając mnie z nim sam na sam. No pięknie. Jeszcze tego pożałujesz głupia cipko. 
-Zostaw mnie w spokoju.- Burknęłam, momentalnie odwracając wzrok. 
-Hah wiem że nie mogłaś się oprzeć i przyszłaś na trening, czyż nie, malutka?
-Przyszłam tu po to tylko ze względu na Yuuki i odwal się w końcu. -Prychnęłam i wyminęłam Ao by móc odejść jednak on ubiegł mnie tamując mi drogę. 
-Wydaje mi się że to ona przyszła ze względu na ciebie. 
-Przesuń się do cholery. -Próbowałam go wyminąć, lecz bezskutecznie. 
-Teraz chcesz uciec co? Widziałem jak nie mogłaś oderwać ode mnie wzroku. -Schylił się na wysokość mojej twarzy i spojrzał mi prosto w oczy. Przeszły mnie dreszcze,  byłam wręcz przerażona. Stałam jak sparaliżowana, gapiąc się na jego szafirowe tęczówki. 
-Coś jeszcze?!-Zapytałam stanowczo odwracając głowę. 
-Nie, nic... -Odrzekł uśmiechając się pod nosem a ja wzięłam nogi za pas i  zaczęłam biec przed siebie. 



wtorek, 18 sierpnia 2015

Chapter 1

Z rozmyślań wyrwał mnie donośny dźwięk dzwonka, który rozległ się po całym liceum, alarmując że lekcje dobiegły końca. Wybiegłam z klasy pierwsza, ciągnąc ze sobą Taigę, mojego najlepszego jak dotąd kumpla. Nie pożegnałam się z nikim, nie powiedziałam do widzenia żadnej osobie z personelu szkolnego, którą minęłam po drodze. Pędziłam co siły w nogach, byleby jak najszybciej oddalić się od tego miejsca. 
-Sayuri, eh, zwolnij trochę, wpadamy na ludzi... 
-Zamknij się i chodź, nie mam zamiaru znowu spotkać tego debila. 
***
Sayuri Kotobashi, uczennica 3 klasy liceum i kapitan żeńskiej drużyny koszykówki o niezwykle wybuchowej osobowości oraz adekwatnym do niej ogniście pomarańczowym kolorze włosów. Witam, miło mi poznać. Moje życie jak dotychczas nie wyróżniało się zbytnio od życia przeciętnych dziewiętnastolatek. Lubiłam wszystko i wszystkich, tryskałam porażającym poczuciem humoru oraz zarażałam energią egzystujące wokół mnie osoby. Nie było rzeczy której bym jakoś specjalnie nie lubiła, jednakże była jedyna rzecz której nienawidziłam całym sercem i duszą. Otóż żywiłam nieposkromioną nienawiścią większość istot płci męskiej, a w szczególności takiego jednego typa. Był nim nijaki Daiki Aomine, na nieszczęście uczeń tej samej szkoły co ja, mający tyle samo lat co ja, a co najgorsze będący członkiem męskiej drużyny koszykówki, którego od lat nikt nie był w stanie pokonać. Każdego dnia zastanawiałam się, za jakie grzechy dane mi jest użerać się z takim debilem jak on. Lecz nasuwa się pytanie, czemu go tak cholernie nienawidziłam? Odpowiedź jest bardzo prosta, przynajmniej dla mnie. Odkąd tylko zaczęliśmy trzecią klasę, nie było by przerwy, ani nawet momentu w którym by mnie nie zaczepił. Łazi za mną krok w krok i za Chiny Ludowe nie chcę się ode mnie odpieprzyć. Ale wisienką na torcie w tej całej historii jest to, że ma więcej adoratorek, niż ja do niego cierpliwości. Tak, zdecydowanie tak można to porównać. Laski się za nim uganiały, ale on miał to głęboko w dupie sam nieustannie uganiając się za mną. A mnie nie obchodziły jego markowe ciuchy, pięknie umięśnione i opalone ciało, kaloryfer na brzuchu i  kolekcja drogich butów do koszykówki. Moim jedynym pragnieniem było to, żeby zniknął z tej ziemi i nigdy więcej się na niej nie pojawił. 
***
Wczoraj ucieczka się udała. Ale to wszystko dzięki Taidze, którego ten pajac Aomine w jakimś stopniu wolał unikać. Jedynie przy Kagamim mogłam czuć się bezpiecznie. Jest on bowiem osobą na którą mogę liczyć od rozpoczęcia liceum. Łączy nas bardzo wiele rzeczy, choćby nawet to, że on nienawidzi dziewczyn a ja facetów. 
Jednak dzisiaj już nie będzie tak kolorowo. Mój przyjaciel ze szkolnej ławy musiał zwolnić się wcześniej z lekcji a co za tym idzie, nie będzie mógł asekurować mnie przy powrocie do domu.
 O nie, zadzwonił dzwonek, już koniec lekcji. Jak zwykle przepycham się do wyjścia z klasy i wylatuje z niej jak szatan. Jest dobrze, uff, wybiegłam ze szkoły. Idę dalej, takim samym szybkim krokiem byleby tylko dojść na przystanek autobusowy. Rozglądam się wokół mnie, droga wolna. Natomiast nigdy nie odwracam się za siebie. 
-Gdzie tak pędzisz, mała?-Stanęłam jak wryta kiedy tylko usłyszałam ten doskonale znany mi głos. 
-Mała to jest twoja pała i spieprzaj ode mnie. -Odburknęłam, idąc dalej w swoim kierunku. 
-Haha, a skąd wiesz że jest mała? 
-Widać po tobie że masz pełno kompleksów, bo próbujesz walczyć z nimi dopierdalając się ciągle do niewinnych ludzi. 
-Przecież do nikogo się nie dopierdalam, chcę być tylko dla ciebie miły. 
-Jasne. -Syknęłam pod nosem i przyśpieszyłam kroku. 
-Słyszałem, że bierzesz dodatkowe treningi . Jak chcesz, to ja mógłbym cię nieco podszkolić.-Dogonił mnie i zatrzymał, kładąc mi rękę na ramieniu. 
-Podszkolić to sobie możesz swój debilizm, a ode mnie się odpierdol. -Odtrąciłam jego dłoń i poszłam dalej. 
-Nie chcesz lekcji od mistrza? Nawet nie wiesz co tracisz.-Usłyszałam z oddali, jednak nie zwróciłam już na to uwagi. 
Na jakiś czas po tym zdarzeniu miałam spokój, ale to tylko i wyłącznie dlatego że nie oddalałam się od Taigi choćby na krok. Lecz pewnie nurtuje was to, dlaczego ten zjarany cwel tak go nie lubił? Nie od parady zaprzyjaźniłam się z właśnie z takim kolesiem jak on. Kagami przez wiele lat mieszkał w Stanach Zjednoczonych, stolicy fast foodów, gwiazd Hollywood a przede wszystkim koszykówki. Taiga wie o tym sporcie wszystko. Podczas pobytu tam miał okazję uczęszczać praktycznie na każdy mecz najpopularniejszych drużyn NBA a na dodatek należał w gimnazjum do pierwszego składu najlepszej drużyny juniorów w Ameryce. Któregoś pięknego dnia Kagamiemu i Aomine przyszło się ze sobą zmierzyć, w zwykłym ulicznym one-on-one. Mimo pewności tego drugiego że nikt nie jest w stanie go pokonać, a nawet przegrać z nim choćby z 10-cio punktową różnicą punktów, ten krótki pojedynek pokazał mu że się mylił. Faktycznie, Taiga nie wygrał. Jednakże od zwycięstwa dzielił go tylko jeden punkt. Od tego momentu Daiki unika go jak ognia, ponieważ w jego pewność siebie wkradł się cień obawy co do istnienia osoby silniejszej niż on sam. To tak w skrócie. Na jakiś czas miałam spokój. Jednak życie to skurwysyn który zawsze pragnie tego, by wpakować swojego oprawce w niezłe bagno. Kagami poważnie zachorował i zmuszony był zwolnić się ze stanowiska mojego bramkarza do póki nie wróci w pełni do zdrowia. Mój koniec był coraz bliżej. 





Po raz kolejny wielce zaszczytnie witam! ;)

Dzień dobry, witam :D Z tej strony znowu nieujarzmiona, niewyżyta i nieposkromiona Sayuri-chan :D Rzecz jasna, wielkim zaszczytem jest móc znów dzielić się z Przearcywielebnym Państwem tworami mej kurewskiej wyobraźni która to wielkie fantazje tworzy 24 godziny na dobę. :D Miałam przyjemność pisać wiele historii szalonych bardziej lub mniej, a przewijało się przez nie wiele czcigodnych osobistości :) Zaczęło się od szanownych panów  Daikiego A. i Taigi K. poprzez nie mniej szanowną panią Satsuki M kończąc nie dawno na patologicznej opowiastce o wyżej wspomnianym panem Daikim i o wielebnym Ryoucie K. :D Pisząc tak o nich wszystkich przez nie małą krztę czasa, w mym sercu dzikim pojawiła się nutka zazdrości, co jest uczuciem bardzo złym i zdaję sobie z tego sprawę. :( I w związku z tą straszliwą w swej istocie niedogodnością, chuj mnie zastrzelił, a nabojem z ową zazdrością dostałam głęboko w mózgownice oraz mięsień sercowy, przez co wytworzyła się u mnie kurewska wena której to grzechem było by nie wykorzystać w sposób należyty :O Więc dłużej już nie rozpisując się, co jest wielkim problemem moim, jak zresztą widać na powyższym przykładzie, chciałabym uroczyście i zaszczytnie zaprosić wszystkich Państwa, do śledzenia mojej wybujałej i poplątanej jak zwykle historii, tym razem ze mną w roli głównej. :D Dziękuje uprzejmie za uwagę i pozdrawiam bardzo gorąco i serdecznie ;D 



Ps. Pragnę jeszcze uroczyście przedstawić głównych bohaterów, lecz pewnie Pana w Granatowych włosach Państwo dobrze znają ;D